Fakty zamiast propagandy. Demokracja bezpośrednia broni przed manipulacją

Propaganda sukcesu to wyższy stopień zwykłej propagandy. W tym procesie zjawiska ekonomiczne, polityczne czy społeczne przedstawiane są właśnie jako sukces tych, którzy są albo powinni być za te zjawiska odpowiedzialni – pisze Mirosław Matyja.

Propaganda to szczególna forma systematycznie planowanej komunikacji masowej, która nie informuje ani nie argumentuje, ale raczej przekonuje. Zasadniczo działa „z góry na dół”, w ramach określonej hierarchii społeczno-politycznej.

W tym celu zwykle używana jest symbolicznie naładowana i ideologiczna narracja, która zniekształca rzeczywistość. Przekazuje informacje nieprawidłowo, upiększa je albo całkowicie ukrywa. Grupą docelową propagandy w skali państwa jest oczywiście społeczeństwo postrzegane jako masa wyborcza.

Celem propagandy jest wywołanie u odbiorców określonego odbioru wydarzeń lub opinii, zgodnie z którym zniekształcone informacje i fakty są interpretowane w kontekście ideologicznego światopoglądu określonego ugrupowania lub partii politycznej.

Przestrzeń, w której odbiorca może klasyfikować lub oceniać informacje, jest tu bardzo ograniczona. Funkcjonuje to tak, jak wycięcie z pierwotnie zarejestrowanego obrazu jakiegoś fragmentu w celu uzyskania optymalnego dla widza efektu. W branży multimedialnej ten efekt nazywa się potocznie kadrowaniem.

Oczywiście istotne jest, aby w ramach propagandy ograniczyć działalność konkurentów, a więc zablokować media, które głoszą „inną prawdę”, albo wręcz prawdziwą prawdę” (co jednak jest rzadkością).

Propaganda sukcesu to z kolei wyższy stopień zwykłej propagandy. W tym procesie zjawiska ekonomiczne, polityczne czy społeczne przedstawiane są właśnie jako sukces tych, którzy są albo powinni być za te zjawiska odpowiedzialni. Regułą jest wyolbrzymianie nawet nie do końca potwierdzonych faktów.

Idealnym instrumentem w ramach propagandy sukcesu są liczby, przy czym najbardziej popularne są przeróżne statystyki. Szczególnie skuteczne jest przekonywanie odbiorców poprzez przedstawianie określ zjawisk w procentach, np. procentowy wzrost produktu narodowego brutto albo procentowy spadek inflacji. Dzięki „cyfrowemu” przekazowi można nawet największą porażkę przekształcić w sukces.

Kolejnym instrumentem jest powoływanie się na różnego rodzaju opinie naukowców – najchętniej zagranicznych, a już naprawdę najlepiej na amerykańskich. Wystarczy przytoczyć opinię jakiegoś profesora z problematycznego pseudouniwersytetu, ale koniecznie z USA.

Propaganda sukcesu jest niezmiernie ważna w procesie kształtowania tzw. świadomości społecznej wśród odbiorców. Oczywiście użycie słowa „świadomość” jest tutaj stosunkowo niezręczne. Celem propagandy sukcesu jest raczej stworzenie sytuacji, w której dane społeczeństwo zaczyna wierzyć w podawane mu treści i formy życia i przestaje szukać alternatyw.

Problem pogłębia się, gdy w danym państwie istnieją dwa przeciwstawne bieguny polityczne, reprezentowane przez silne partie lub ich koalicje, przy czym obydwa ugrupowania prowadzą własną propagandę sukcesu i własną cenzurę.

Właściwie nie ma znaczenia czy treści działań propagandowych mają wymiar retrospektywny czy prospektywny. Ważne jest, aby ludzie uwierzyli w hasła i „prawdy” głoszone w ramach danej akcji propagandowej. Z reguły partia rządząca opowiada przed wyborami o swoich osiągnięciach w ostatnich 4 latach, wyolbrzymiając je do maksymalnych rozmiarów (efekt retrospektywny). Natomiast partia opozycyjna, walcząca o władzę, przedstawia wizje programowe na przyszłość, obiecując wyborcom krainę „miodem i mlekiem płynącą” (efekt prospektywny). Nie trzeba tu dodawać, że obydwa ugrupowania nie szczędzą sobie nawzajem w tych działaniach ostrej i niewybrednej krytyki.

W tym kontekście, obywatele stają się królikami doświadczalnymi i uprawiają swoistą gimnastykę, kręcąc głową raz w lewo, raz w prawo. Słuchają, chcąc niechcąc, podawanych im non stop propagandowych haseł.

Problem ludzi/obywateli polega w tej sytuacji na tym, że sami nie mają bezpośredniodemokratycznych instrumentów, aby zastopować napływ tych tendencyjnych i z reguły fałszowanych informacji, nie mówiąc już o możliwości jakiegokolwiek współdecydowania w tak skonstruowanym systemie społeczno-politycznym.

Jeśliby społeczeństwo posiadało w swoim ręku możliwość podejmowania wiążących decyzji, cała ta akcja propagandowa straciłaby jakikolwiek sens. Obywatel reagowałby na zasadzie: „mów mi tam mów, ja i tak wiem lepiej, jak zagłosować w referendum”.

Realia społeczno-polityczne w państwach, w których panuje demokracja parlamentarna, nie dopuszczają jednak obywatela do głosu – za wyjątkiem wyborów. W tych państwach propaganda sukcesu, mająca na celu werbunek wyborców, jest jednym z najważniejszych środków walki o ich głosy. Natomiast w okresie pomiędzy wyborami obywatele staja się bezbronni.

Nasuwa się tu pytanie, jaka rolę odgrywałaby propaganda sukcesu w sytuacji, gdyby obywatel stał się rzeczywistym suwerenem i współdecydentem we własnym państwie i w samorządzie? A więc w systemie demokracji bezpośredniej, w której obywatel przejmuje funkcje kontrolną i decyzyjną?

W tych warunkach propaganda sukcesu zastąpiona zostałaby zapewne kampaniami przedreferendalnymi, a obywatel byłby postrzegany jako człowiek i suwerenny decydent, a nie wyłącznie jako wyborca.

Konstruktywne debaty w ramach społeczeństwa obywatelskiego spowodowałyby, że ludzie przestaliby kręcić głową od lewa do prawa i skoncentrowaliby się na tym, co im sugeruje ich własny rozsądek i sumienie. Kłamliwa propaganda zastąpiona zostałaby rzetelnymi faktami.

 

Prof. Mirosław Matyja, koordynator merytoryczny Instytutu Demokracji Bezpośredniej

Źródło obrazu: Freepik

NEWSLETTER

Chcesz otrzymać dostęp do platformy do głosowań, której premiera w najbliższych dniach? Zostańmy w kontakcie! Koniecznie zapisz się na newsletter! Śledź nas też na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube i TikToku.